|
Trzecią grupą penetrującą w dawnych czasach Karkonosze i Góry
Izerskie byli "laboranci" - poszukiwacze i wytwórcy ziołowych
medykamentów. Legendarny początek kręgowi śląskich "laborantów" dali
rozczarowani oficjalną nauką studenci medycyny uniwersytetu w
Pradze. Pojawili się w górach i przy współpracy z miejscowymi
zielarzami podnieśli lecznicze wykorzystanie tutejszych roślin do
wyżyn medycznej doskonałości. "Laboranci" zajmowali się nie tylko
zbieraniem, przygotowywaniem leków i ich sprzedażą, ale też czasem
nielegalnymi praktykami lekarskimi. Głównym miejscem sprzedaży
ziołowych medykamentów były jarmarki i odpusty oraz handel
domokrążny. Do ogromnej popularności leków przyczyniła się legenda
otaczająca od wieków Karkonosze - siedzibę Ducha Gór.
W drugiej połowie XVII w. M. J. Praetorius w zbiorze "Znane i
nieznane historie o karkonoskim Duchu Gór" zamieścił wiele legend
dotyczących zielarzy i postaci karkonoskiego władcy. W jednej z nich
pisał:
Duch Gór nie pozwala ograbić swego ogrodu.
Pewnego razu czterech Walończyków [ Walonowie zajmowali się również
zielarstwem - przyp. P.W.] poszło do Krebsa [laborant z Piechowic -
przyp. P.W.], który mieszka pod górami i prosili go, żeby zechciał z
nimi pójść w góry. Obiecali przy tym postępować według jego woli.
Krebs zapytał ich, czego zamierzają szukać w górach. Odpowiedzieli,
że chcą korzeni i szlachetnych kamieni, między innymi także
prawdziwego korzenia mandragory. Krebs powiedział im i sumienie ich
ostrzegł, żeby szukali czego chcą, ale korzeń mandragory mają
zostawić w spokoju, ponieważ Pan Gór, jeśliby miał ów korzeń, to
zostawi go dla siebie. Nie da go nikomu innemu, prócz tego, komu
zechce go dać. Odpowiedzieli, że to właśnie z powodu korzenia
mandragory wybrali się w tak daleką podróż i zamierzają poważyć się
na to na własne ryzyko i odpowiedzialność. Krebs ostrzegł ich
jeszcze raz sumiennie, lecz nie chcieli go słuchać. Kiedy później
jeden z nich wziął motykę i uderzył nią pierwszy raz w ziemię, wtedy
upadł, stał się czarny jak węgiel i natychmiast skonał. Trzej
pozostali tak się przestraszyli, że uwierzyli Krebsowi, który ich
przecież ostrzegał. Wtedy poszli z nim szukać innych kamieni
szlachetnych, a swego dobrego kompana pochowali".
"Laboranci" podtrzymywali ten mit obierając sobie za patrona
karkonoskiego władcę, niejednokrotnie jego podobiznami ozdabiając
zielarskie kramy. Duch Gór bywał określany przez nich jako "Wurzelmann",
czyli "korzennik" - najbardziej wtajemniczony w leczniczą
skuteczność karkonoskich ziół.
Z 1690 r. zachował się opis śląskiego "laboranta":
"Wysoki, ubrany cały na zielono, miał na głównie ogromny wieniec z
różnorodnych ziół i równie ogromną brodę. Wokół szyi wisiały mu żywe
żmije; dawał się on im kąsać po rękach aż do krwi, by następnie
pokazywać moc leczniczą żmijowego sadła, którym smarował świeże
ukąszenia. Miał różne zioła. chodziły wieści, że nawet posiadał
środki na odczynienie uroków."
Co zrozumiałe "laboranci" starli się ukrywać przed niepowołanymi
miejsca swoich poszukiwań i tajniki produkcji karkonoskich
medykamentów.
© dr Przemysław Wiater |